Koszmarne Dni

( fragment pamiętnika strzelca Jana Leleja - obrońcy Westerplatte )
15 grudnia 1984


Będąc jeszcze nastolatkiem spędzałem czas wśród swoich rówieśników w godzinach wolnych od zajęć szkolnych czy prac domowych , przydzielonych przez domowników . Wesołe wiodłem życie , chociaż układało się ono różnie . W lecie hasało się po łąkach za kwiatami , łowiło się ryby w rzece , czy też w okresie zimowym jeżdżąc na sankach wyszukiwało się najwyższej zaspy śniegu . Nie bojąc się przeszkód niedopokonania marzyłem jedynie o osiągnięciu wieku dojrzałości , jak każdy jeden młodocianin.

Rok 1938 przyniósł znaczne zmiany w moim życiu , ponieważ otrzymałem zawiadomienie o stawieniu się na komisję poborową . Zacząłem uważać siebie za dorosłego , bo już minął 18 rok życia . Przyłączałem się do grona dorosłej młodzieży i planowałem swoją przyszłość bardziej po nowemu , tak samo jak dzisiejsza młodzież .

W rok później otrzymałem Kartę Powołania do odbycia służby wojskowej wobec państwa . Tak właśnie zacząłem stawać się dorosłym , chociażby dlatego , że zostałem powołany do tak wielkiego zadania jak zostać żołnierzem własnego kraju i bronić jego granic . Było to coś nadzwyczajnego w moim życiu . Przeprowadzałem wiele rozmów na tematy wojskowe ze starszymi rocznikami , którzy już odbyli służbę wojskową . Nigdy nie było to dla mnie problemem , ponieważ obowiązek wobec ojczyzny uważałem za wielki zaszczyt . Ostatnie dni przed wyjazdem do wojska poświęcałem na rozmowy ze swoimi przyjaciółmi , wieczorki pożegnalne , oraz ostatnie pożegnanie w większym gronie rodzinnym . Nie spodziewałem się , że to było ostatnie pożegnanie z najukochańszą rodziną .

21 marca 1939 roku nastąpił ten wymarzony dzień . Zostałem żołnierzem 86 Pułku Piechoty w Mołodecznie . Inne otoczenie , inne zajęcia , początkowo było to trochę kłopotliwe . Jednak po przysiędze w maju , gdy zostałem przeniesiony do kompanii szkolnej szkoły podoficerskiej bardzo się ucieszyłem , że zostanę zawodowo w Wojsku Polskim . Pomimo nawału zajęć przyszłego podoficera dawałem sobie radę i nie miałem powodów do narzekań . I tak życie upływało aż do 20 lipca 1939 roku . Tego dnia na zajęciach sportowych rozgrywaliśmy mecz piłki nożnej między kompaniami . Muszę nadmienić , że nie bardzo doceniałem sport .

Około godziny 18 zostałem powiadomiony przez podoficera służbowego o stawieniu się do raportu do dowódcy kompanii , kapitana Wasilkowskiego . Szybko udałem się do koszar , żeby przebrać się w mundur , ale jak się okazało kapitan przyjmie mnie w stroju sportowym . Zbliżając się do kancelarii kapitana z zapartym tchem zapukałem w drzwi . Po usłyszeniu komendy " wejść " , stanąłem przed kapitanem meldując swoje przybycie . Ale kapitan dość łagodnym głosem pozwolił na przyjęcie pozycji swobodnej i powiedział , że porozmawia ze mną jak ojciec z synem . Bez żadnych słów wstępnych powiedział , że rozkazem pułkownika Peszka zostałem odkomenderowany do II Baonu Strzelców Morskich w Gdyni . Odpowiedziałem tylko " Rozkaz Panie Kapitanie " . Po chwili kapitan dodał , że skoro nie mam nic więcej do powiedzenia to jestem zwolniony ze wszystkich zajęć służbowych łącznie z rozkazem wieczornym . Moim jedynym obowiązkiem było :
1. rozliczenie się w magazynie broni i w magazynie mundurowym
2. pobranie ubrania cywilnego i czegoś na podróż do Gdyni .

Około godziny 23 zostałem powiadomiony przez podoficera służbowego aby stawić się na placu zbiórek . Na placu był już oficer pułku i 20 żołnierzy , najwyżej po jednym z każdej kompanii . Po sformowaniu całej dwudziestki i przy dźwiękach orkiestry odprowadzono nas na stację kolejową . Z Mołodeczna odjechaliśmy do Wilna , gdzie połączono 20 żołnierzy 86 p.p Mołodeczno , 20 żołnierzy 85 p.p Nowa Wilejka i 20 żołnierzy 57 p.p Lida . Razem było nas 60 żołnierzy 19 Dywizji Piechoty . Do Gdyni przyjechaliśmy 21 lipca około godziny 11 i zameldowano nas w II Baonie Strzelców Morskich . Następnego dnia zebrano nowoprzybyłych na placu apelowym i ustawiono w dwuszeregu . Wtedy zbliżył się do nas człowiek w cywilnym ubraniu szarego koloru , którego oficer służbowy tytułował p.majorze . Po przyjęciu raportu cywil zbliżył się do naszej grupy i rozmawiał życzliwie z każdym z nas o przebiegu dotychczasowej służby . Po tej ceremonii powitalnej dowiedzieliśmy się , że ten cywil jest dowódcą Wojskowej Składnicy Tranzytowej " Westerplatte " major Henryk Sucharski . Kolejne dni upływały dosyć spokojnie . Podzielono nas na trzy grupy po 20 żołnierzy i jedynym naszym zajęciem było spożywanie posiłków w wyznaczonych porach i zażywanie kąpieli w morzu , tak do najbliższej niedzieli .

+ dodane 10.10.06 +

Na niedzielnej zbiórce z naszej 60 wywołano 20 żołnierzy i rozkazano w przemundurowanie w przywiezione mundury w różnych stopniach podoficerskich i oficerskich . Nieważny był stopień żołnierza , ale czy mundur pasował rozmiarem . Tak na Westerplatte odjechała pierwsza 20 . W następną niedzielę sytuacja się powtórzyła . Moja kolej przyszła w trzecią niedzielę , kiedy to na Westerplatte odjechała ostatnia 20 . Przypadł mi mundur w stopniu porucznika , z czego bardzo się ucieszyłem , że będę oficerem chociaż parę godzin . Odprowadzono nas do portu , załadowano na nieduży statek i odpłynęliśmy w kierunku Gdańska . O zmroku przybyliśmy na Westerplatte . Byłem pod wrażeniem otoczenia . Duże drzewostany , wszędzie zieleń i kwiaty . Byłem zachwycony urokiem tego miejsca . Po wylądowaniu przywitała nas załoga Westerplatte , a z daleka dał się słyszeć głos szefa kompanii , chorążego Pełka , że jesteśmy na wolnej polskiej ziemi na półwyspie Westerplatte .

Powracając do moich wspomnień chciałbym wyjaśnić dlaczego przewożono nas po 20 żołnierzy . Na Westerplatte pełniło służbę 60 żołnierzy przed ostatnią załogą . Byli to żołnierze 4 pułku Kielce i część 6 pułku legionistów z Wilna . To właśnie ci żołnierze przyjeżdżali po nas do Gdyni , oddawali nam swoje mundury , a sami w cywilnych ubraniach wracali w poniedziałki na Westerplatte jako robotnicy . W taki sposób uzupełniano załogę w tajemnicy przed hitlerowcami.

Po przybyciu do jednostki przemundurowano nas i rozpoczęła się służba , trochę inna niż w macierzystych jednostkach . Główne nasze zajęcie to była służba wartownicza , fortyfikacje terenu , łączenie dołów strzeleckich , montowanie zasieków z drutu kolczastego oraz obowiązkowa nauka pływania w dni sztormowe . Robiliśmy wszystko , żeby nie być widzianym , ale wszystko widzieć i słyszeć . Panowała wesoła atmosfera wśród całej załogi . Najbardziej cieszył się stary rocznik , gdyż uzyskali miano rezerwistów i w niedługim czasie po odbyciu służby na tej polskiej ziemi mieli wrócić do domów i spotykać się z rodzinami . Młody rocznik dumny był z tego , że dostąpili zaszczytu obrony tego pięknego skrawka Rzeczyposplitej Polskiej . Nie narzekałem nigdy na uprawianie sportu . Każdy mógł uprawiać dyscyplinę jaką chciał , ale wszyscy musieli pamiętać żeby nie gromadzić się w dużych zespołach na otwartym terenie .

Na Westerplatte były piętrowe koszary do zakwaterowania i pięć wartowni . Służba wartownicza odbywała się co trzy dni . Ostatni rozkaz służby wartowniczej ogłoszony był 31 sierpnia 1939 roku . Zostałem przydzielony do wartowni nr 5 , ze zmianami co dwie godziny . Trzecią zmianę objąłem 1 września od 4 do 6 rano .

Po jakimś czasie , pełniąc służbę przed wartownią , usłyszałem wystrzał z pistoletu na terenie Gdańska . Nie miałem wtedy zegarka , ale dochodziła 5 rano . Nie zdążyłem zawiadomić dowódcy warty , bo posypały sie trzy wystrzały armatnie na teren naszej wolnej ziemi , wojska niemieckie przekroczyły naszą granicę . Szturm wojsk nieprzyjaciela , ogień z pancernika , pierwsi ranni i zabici , samozapalające się pociski . Piekło . Rozkazem dowódcy jednostki nasza załoga na wartowni nr 5 została podzielona na dwie grupy . Jedna grupa wraz z dowódcą pozostali na wartowni , a druga grupa ( w tym ja ) poszła ubezpieczać plażę . Dowódcą mojej grupy był mat Rygielski . Trzeba było ubezpieczać teren od strony plaży przy pomocy działa . Było tam dwóch żołnierzy , pozostali obrali siedzibę w schronie podziemnym niedaleko plaży i wartowni nr 5 . Wieczorem otrzymałem rozkaz aby wyczołgać się w stronę bramy kolejowej na czujkę , a na wypadek nagłego ataku nieprzyjaciela powiadomić swoje gniazdo oporu . Zapadła ciemna noc , która na zawsze pozostała w mojej pamięci . Po zajęciu wyznaczonego stanowiska nie musiałem długo czekać na powiadomienie swojego gniazda obronnego o natarciu , gdyż Niemcy przy pomocy reflektorów zaczęli ze wszystkich stron napierać na nasze pozycje obronne . Nie mogłem powiadomić swoich za pomocą pistoletu , bo zdradziłbym swoją pozycję . Użyłem do tego granatu wyrzucając go dość daleko . Wtedy posypały się pociski w obrębie wybuchu granatu . Walka zmogła się z obu stron , leżałem przykuty do ziemi , czekając na swoją zmianę . Kiedy ogień zaczął ucichać , Niemcy zaczęli się wycofywać , postanowiłem czołgać się w stronę powrotną wyrzuciwszy resztę granatów w stronę cofających się Niemców .

Po powrocie , było już 2 września o świcie , po wymianie krótkich przyjacielskich rozmów otrzymałem kolejny rozkaz udania się do koszar z meldunkiem i przyniesienie posiłku kolegom . Wyprawa do koszar nie obyła się bez przeszkód . Niedaleko koszar stała drewniana szopa , w której garażował samochód dowódcy jednostki . Kiedy tamtędy przechodziłem w szopę trafił pocisk armatni i tak padłem ranny w prawe kolano . Czołgałem się dalej jak mogłem , i chyba bardziej byłem oszołomiony wybuchem niż rannym kolanem. W koszarach okazało się , że rana wcale nie jest groźna i wieczorem po opatrzeniu rany lekarz wyraził zgodę na powrót na pozycję . Przed wieczorem byłem z powrotem wśród swoich kolegów z prowiantem .

Godzina 17.30 atak lotniczy 47 nurkowców hitlerowskich na Westerplatte . Łuny ognia , smugi dymu , ogromne drzewa wyskakujące z ziemi jak buraki cukrowe spod kombajnu . Wartownia nr 5 przestaje istnieć . Część załogi pozostała tam na wieczny spoczynek , tylko jednego udało się wyciągnąć spod zwału gruzów . Po nalocie kolejne natarcie wroga , ale i tym razem zostało odparte .

3 września spada kolejna lawina ognia , i znów po ciężkim wysiłku załogi atak został odparty .

4 września nad ranem znów pod obstrzałem artylerii i baterii lądowych , do ognia dołączono miotacze min o dużym kalibrze . A pomoc wciąż nie nadchodziła .

5 września od rana niemal nieprzerwany nawał ognia artyleryjskiego . Załoga jest coraz bardziej wyczerpana .

6 września od rana huraganowy ogień pancernika i baterii lądowych , wieczorem próba spalenia Westerplatte żywcem. Ogień nieprzyjaciela powoduje coraz większe zniszczenia .

7 września nad ranem przestaje istnieć wartownia nr 2 , jako punkt oporu . O godzinie 10.15 z uwagi na ogólną sytuację na frontach w całym kraju jak i na wyczerpanie załogi i brak jakiejkolwiek pomocy następuje kapitulacja .

Tak zakończyła się obrona Westerplatte ,
z mojego stanowiska obrony wartowni nr 5 .


Serdeczne podziękowania dla Katarzyny Wiktorzak
za udostępnienie opisu wspomnień dziadka i za zdjęcie!