Żołnierz z Westerplatte

II wojna światowa rozpoczęła się na Westerplatte. 1 września 1939 roku, o godz. 4.45 pancernik “Schleswig-Holstein” ostrzelał teren Wojskowej Składnicy Tranzytowej – małego skrawka polskiej ziemi w granicach Wolnego Miasta Gdańska, nad którym już wcześniej zawisły flagi ze sfastyką. 182 żołnierzy i pracowników cywilnych, stanowiących załogę Westerplatte, nie dało się zaskoczyć. Placówka “Prom” i wartownia nr 5 odparły ogniem karabinów maszynowych wdzierające się oddziały SS i kompanie szturmowe marynarki wojennej. Po nich odezwały się pozostałe stanowiska obronne. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie, która miała trwać kilka godzin, a trwała siedem śmiertelnie długich dni.

Wśród obrońców Westerplatte był również legionista JAN NOWAK – rolnik z Zawoni, jeden z niewielu już żyjących świadków tamtych historycznych wydarzeń. Pamięta pierwsze strzały o świcie i swoje stanowisko przy ciężkim karabinie maszynowym ustawionym w suterenie koszar. Z precyzyjną dokładnością potrafi odtworzyć każdą godzinę i każdy dzień walki. Wymienia nazwiska przełożonych i kolegów, z którymi złączył go wspólny los. Ze wzruszeniem mówi o swoim dowódcy, majorze Henryku Sucharskim. Wspomina tych, którzy polegli. Kiedy mówi o wydarzeniach siódmego dnia – ma łzy w oczach. Do dzisiaj czuje ciężar rąk uniesionych do góry.

25 marca 1938 roku opuścił wieś rodzinną Wolę Zagojską w powiecie pińczowskim na Kielecczyźnie i rozpoczął służbę wojskową w 4 Pułku Piechoty Legionów w Kielcach. Przydzielono go do kompanii ciężkich karabinów maszynowych. Po roku trafił do plutonu, do którego skierowano 21 najlepszych celowniczych ckm i 15 specjalistów od moździerzy. Po sześciu miesiącach ćwiczeń dostał dyplom strzelecki z wynikiem bardzo dobrym, który do dzisiaj przechowuje wśród pamiątek rodzinnych. I wtedy dowiedział się, że ma jechać na Westerplatte. I że to jest szczególne wyróżnienie.

Pierwsi żołnierze przydzieleni do Plutonu Wartowniczego Westerplatte wyruszyli z Kielc do Gdyni 17 marca 1939 roku. Dowodził nimi por. Leon Pająk. Legionistę Jana Nowaka przydzielono do trzeciej grupy. W początkach kwietnia dojechał wraz z kolegami pociągiem do Gdyni, a następnie, po kilku dniach wypoczynku w koszarach, zawieziono ich motorówką do nabrzeża Westerplatte. Wtedy po raz pierwszy zobaczył niemieckich żołnierzy: stali za drutami, obok wartowni, i liczyli każdego wysiadającego z motorówki, bo przecież na Westerplatte nie mogło być więcej, aniżeli 66 polskich żołnierzy, 20 podoficerów i dwu oficerów. Takie były ustalenia Rady Ligi Narodów.

Pierwsze dni na Westerplatte. Zapoznawanie się z ludźmi i z terenem. Żelbetonowe solidne koszary, cztery wartownie z ukrytymi w piwnicach umocnieniami, willa podoficerska, dwie przeszkody terenowe – “Prom” i “Przystań”. Uczył się wszystkiego od nowa. Poznawał ścieżki, przejścia i rowy strzeleckie. Musiał przecież wiedzieć, gdzie ustawione są zasieki i “potykacze”, musiał przecież poznać regulaminy obowiązujące mieszkańców tego szczególnego miejsca na ziemi.

Od 22 marca 1939 roku – po zajęciu przez Niemców Kłajpedy – obowiązywał na Westerplatte stan pogotowia, a następnie wzmożonej czujności. Liczono się z możliwością napaści na składnicę i do odparcia jej starannie się przygotowywano.

Latem 1939 roku rozpoczęto, w tajemnicy przed niemieckimi wartownikami, zwiększenie załogi i uzupełnienie uzbrojenia. Nocą rozładowano z wagonów stojących na pobliskiej bocznicy działo kaliber 75 mm, i dwa działka przeciwpancerne. Przewieziono również na teren składnicy rozebrane na części i ukryte pod żołnierskimi płaszczami ciężkie karabiny maszynowe oraz sporą ilość innej broni i amunicji. Aby zwiększyć załogę, odwołano się do prostego fortelu. W niedziele i w dni świąteczne do przystani na Westerplatte przypływał holownik Marynarki Wojennej, aby zabrać i zawieźć do Gdyni żołnierzy korzystających z przepustek. Niemieccy wartownicy kontrolowali te wyjazdy i dokładnie liczyli żołnierzy opuszczających i przybywających na Westerplatte. Często zatem miejsce żołnierzy zajmowali przebrani w mundury pracownicy cywilni, aby powrócić nazajutrz drogą lądową przez Gdańsk. Ich miejsce w holowniku powracającym z Gdyni na Westerplatte zajmowali żołnierze uzupełniając załogę. W ten sposób w przeddzień wojny zwiększono stan załogi do 182 żołnierzy i oficerów.

W końcu sierpnia zarządzono na Westerplatte ostre pogotowie bojowe. Wszystkich obowiązywały szczególne rygory i środki ostrożności. Do wartowni żołnierze udawali się skokami, maskując siebie i uzbrojenie. Wzmocniono posterunki. Nadsłuchiwano wiadomości radiowych i głosów dochodzących z ulic położonych za czerwonym murem. Nie wróżyły niczego dobrego – zapowiadały burzę.

25 sierpnia do portu gdańskiego wpłynął pancernik “Schleswig-Holstein” i zacumował przy nabrzeżu z magazynami soli, na wprost Westerplatte. Legionista Jan Nowak oraz inni żołnierze z zainteresowaniem przypatrywali się ogromnej sylwetce pancernika i wsłuchiwali się w odgłosy niemieckich komend i wieczornych śpiewów. Wszyscy przeczuwali narastające zagrożenie, ale nie wiedzieli, że godzina ostateczna rozprawy jest już bliska.

W ostatnim dniu sierpnia meldunki przekazywane przez dowódców wartowni i umocnień oraz obserwatorów powiadamiały o przygotowaniach Niemców do ataku. Baterie artyleryjskie rozlokowano w Brzeźnie i Wisłoujściu. Na spichrzu “Anker” i na wieży kościoła ewangelickiego umieszczono gniazda ckm. Wartownię niemiecką za murem wzmocniono jednostką policji gdańskiej.

Ostatni dzień sierpnia. Niespodziewanie wśród żołnierzy, podczas kolacji, pojawił się mjr Henryk Sucharski – stanął między stołami i przemówił. Legionista Jan Nowak pamięta przyjazny i spokojny ton jego głosu, a także treść tego przemówienia. Dowódca Westerplatte mówił o nadchodzącym niebezpieczeństwie oraz o żołnierskim obowiązku i honorze. Na zakończenie powiedział: “W razie wybuchu wojny będziemy się bronić twardo. Polska liczy na nas”.

Najpierw był potężny huk, jakby pękło sklepienie nieba, a dopiero po chwili przeraźliwy dźwięk dzwonków alarmowych. Już od kilku dni wszyscy spali w mundurach – w jednej chwili poderwali się na nogi i znaleźli na wyznaczonych stanowiskach. Legionista Jan Nowak obsługiwał jeden z trzech karabinów maszynowych rozlokowanych w suterenie koszar. Pole jego strzału wyznaczały umocnienia “Promu”. W ciemnym prostokącie otworu strzelniczego widział rozbłyski rozrywających się pocisków. Niemcy atakowali od strony bramy kolejowej i muru. Ciężka artyleria pancernika zasypywała ziemię pociskami. Do dziś Jan Nowak pamięta drżenie ziemi i głuchy łoskot wybuchów. Pierwszy i następne ataki niemieckich oddziałów zostały odparte. Napłynęły meldunki o tych, którzy zginęli. Poległ na polu walki st. sierż. Wojciech Najzarek, kapral Andrzej Kowalczyk, st. leg. Zygmunt Ziemba i leg. Bronisław Uss. Ciężko ranny był dowódca placówki “Prom” por. Leon Pająk.

Wieczorem, po odparciu czwartego natarcia, nastała chwila ciszy. Dopiero teraz doszła do żołnierzy wiadomość, że walki trwają na całym polsko-niemieckim pograniczu, a także i o tym, że radio Warszawa nadaje komunikaty o ich dzielnej postawie i przesyła im żołnierskie pozdrowienia.

Dzień następny rozpoczął się znowu od zmasowanego ognia dział i karabinów maszynowych. Odparto natarcie na wartownię i placówkę “Fort”. Następnie pojawiły się na niebie rozpoznawcze samoloty niemieckie – krążyły po niebie jak złowróżbne ptaki. Kilka godzin później nastąpił atak “Stukasów”. Wybuchy bomb zniszczyły wartownię nr 5 oraz uszkodziły koszary, przerwana została łączność telefoniczna między wartowniami i placówkami. Mjr Henryk Sucharski zarządził spalenie tajnych dokumentów i szyfrów. Po natarciu, do sutereny wypełnionej dymem i pyłem, wpadł kapral Edward Łuczyński i wydał rozkaz zmiany ładunków na przeciwpancerne. “Czołgi idą!” – krzyczał. “Jak nie damy im rady, każdy wali sobie w łeb, do niewoli nie poddamy się!”. Czołgi nie nadeszły.

Trzeci dzień walki. Od świtu Westerplatte w ogniu dział i karabinów maszynowych. W południe, poprzez odgłosy wybuchów, doszły do obrońców Westerplatte dźwięki dzwonów i okrzyki manifestujących tłumów na ulicach Gdańska. Tak witano w Wolnym Mieście wkraczające oddziały Wehrmachtu. Tu wielu żołnierzy płakało.

Dzień czwarty. Pancernik “Schleswig-Holstein” i baterie lądowe chcą zadać decydujący cios. Od południa do wieczora na Westerplatte spadły setki pocisków. Uszkodzona została wartownia nr 1, rozbita wartownia nr 2 i poważnie zniszczone koszary. Pociski i odłamki dosięgły rannych w punkcie opatrunkowym znajdującym się w suterenie koszar. Żołnierze, pozbawieni ciepłej strawy i odpoczynku, byli u kresu sił. Nadal, mimo coraz większych strat, trwała pełna determinacji i poświęcenia obrona Westerplatte.

Dzień następny. Radiotelegrafista Kazimierz Rosiński zameldował mjr. Henrykowi Sucharskiemu wiadomości z nasłuchu radiowego. Marszałek Edward Śmigły-Rydz nadał całej załodze – w uznaniu jej waleczności i męstwa – Krzyże Virtuti Militari. Usłyszał również tę wiadomość legionista Jan Nowak. Ale któż wtedy myślał o odznaczeniach? Po latach niektórzy z obrońców Westerplatte te odznaczenia otrzymali. Nie było jednak wśród nich Jana Nowaka.

Dzień piąty i szósty. Kolejne ataki oddziałów niemieckich, próby podpalenia lasu. Obrońcy Westerplatte ukryci w ruinach umocnień i koszar nadal bronią skrawka ziemi powierzonego ich pieczy. Wykaz tych, którzy zginęli, obejmował już piętnaście nazwisk. U kilku rannych stwierdzono objawy gangreny – tylko operacja mogła uratować im życie. Brakowało żywności, wody i opatrunków. Nie brakowało jedynie woli walki.

7 września – dzień ostatni. Legionista Jan Nowak do dzisiaj pamięta każde wydarzenie tego dnia. O świcie – gwałtowny ogień artylerii i natarcie oddziałów niemieckich, a po nim następne, odparte resztkami sił. Kiedy opadł dym i kurz Jan Nowak zobaczył, za ścianką przegradzającą suterenę, scenę, której znaczenie nie mógł pojąć: oficerowie obejmowali się ramionami i płakali. Po chwili wszedł mjr Henryk Sucharski i powiedział: “Mieliśmy się bronić sześć godzin, a bronimy się siedem dni. Coraz więcej nas ginie, ranni potrzebują pomocy. W przyszłości przydamy się jeszcze Ojczyźnie. Poddajemy się”. Dowódca rozkazał wywiesić białą flagę. Jeden z żołnierzy przywiązał do siebie drążki dwu mioteł i przyczepił do nich prześcieradło. Niemcy przestali strzelać.

“Zmęczeni i upokorzeni – wspomina Jan Nowak – stanęliśmy po raz ostatni w szeregu przed gruzami koszar. Powoli dochodzili do nas, pojedynczo i grupami, żołnierze z innych placówek. Nieśli lub prowadzili rannych, wlekli sprzęt. Ktoś podał komendę: Baczność. Trzema minutami ciszy uczciliśmy pamięć poległych. I wtedy mjr Henryk Sucharski w asyście dwóch żołnierzy ruszył w stronę muru. To był już koniec. Trudno było w to uwierzyć, ale przecież tak było naprawdę”.

A później była droga przez mękę. Obrońcy Westerplatte szli z uniesionymi rękami ulicami Gdańska. Tłumy na chodnikach krzyczały i wygrażały pięściami, bito ich i opluwano, rzucano w nich kamieniami. Nie okazano szacunku należnego męstwu.

Obrońcy Westerplatte podzielili los wielu polskich żołnierzy wziętych do niewoli. Najpierw zatrzymano ich w Gdańsku, na Biskupiej Górce, a następnie rozesłano grupami do obozów jenieckich. Większość oficerów z mjr. Henrykiem Sucharskim przewieziono do oflagu w Murnau. Legionista Jan Nowak trafił najpierw do Stalagu 1A w okolicach Królewca, a w końcu grudnia przekazano go, wraz z innymi, do majątku ziemskiego w Gerdaum. Grupa polskich jeńców była skoszarowana i pilnie strzeżona. Niemieccy strażnicy ze szczególną złośliwością i wrogością traktowali “bandytów z Westerplatte”.



Kolejnym etapem wojennych losów Jana Nowaka była praca przymusowa u bauera na wsi w pobliżu Królewca. Polscy jeńcy wojenni również i tutaj byli strzeżeni w wydzielonym, zamienionym w areszt, budynku. Praca od świtu do nocy, głodowe racje żywnościowe, brak odzieży i obuwia, sprawiły, że wielu z nich chorowało, a kilku – nie doczekało wyzwolenia.

We wrześniu 1942 roku Jan Nowak znalazł się w obozowym szpitalu. Również i on ciężko chorował. Po kilku tygodniach leczenia decyzją komisji lekarskiej zwolniony został do domu. Nie nadawał się do pracy, stan jego zdrowia był krytyczny.

28 października 1942 roku. Tego dnia Jan Nowak nigdy nie zapomni. Po kilkudniowej podróży stanął w drzwiach rodzinnego domu w Woli Zagojskiej. Opuścił go przed czterema laty jako młody chłopiec z nadzieją na ciekawe życie, a teraz wracał do domu jako doświadczony mężczyzna będący u kresu sił. Wrócił do swoich i tylko dzięki ich troskliwości ocalił życie.

Do końca wojny mieszkał i pracował w gospodarstwie rodzinnym. 16 kwietnia 1943 roku ożenił się z Kazimierą Milewską, z którą doczekał się – z upływem lat – dwu córek i dwóch synów.

Po zakończeniu wojny obydwoje z żoną podjęli decyzję, która zaważyła na ich przyszłym życiu – postanowili poszukać szansy na lepszą przyszłość na ziemiach odzyskanych. Razem z grupą rówieśników z tej samej wsi spakowali skromny dobytek i – w czerwcu 1945 roku – wyruszyli pociągiem z Kielc na zachód. Wybór Trzebnicy nie był przypadkowy – tutaj przecież pełnomocnikiem rządu był ich krajan z sąsiedniej wsi – Kostek Dużych, Stanisław Bąk-Dzierżyński. To przecież on zachęcał ich do wyjazdu, obiecując urodzajną ziemię i gospodarstwo.

Osiedlili się w Zawoni, w pobliżu Trzebnicy. Wieś przypadła im do gustu: położona była w dolinie u podnóża Kocich Gór, miała dwa kościoły, pocztę i szkołę, obejścia gospodarskie robiły dobre wrażenie. Gospodarstwo przydzielo im solidnie: dom mieszkalny, stajnię i oborę oraz 8 hektarów ziemi uprawnej. Po kilku miesiącach dostali z przydziału krowę i konia. Gospodarowali na tej ziemi dobrze, skoro już po kilku latach mogli dokupić 7 hektarów ziemi, a także wyposażyć gospodarstwo w maszyny rolnicze i w sprzęt gospodarski.

A później były lata chude i lata tłuste. Tak, jak to w życiu bywa. Kazimiera i Jan Nowakowie związali się z Zawonią więziami serdecznymi. Tutaj przecież urodziło się troje z czworga ich dzieci. Tutaj także spełniły się najważniejsze ich pragnienia i zamierzenia: żyli z uczciwej pracy, wychowali dzieci na porządnych ludzi, doczekali się wnucząt. Gdyby tylko jeszcze zdrowie dopisywało...

W 1983 roku rolnik Jan Nowak przekazał gospodarstwo synowi Waldemarowi i utrzymuje się, wraz z żoną, z renty. Nadal jednak dogląda dobytku i w miarę swoich sił pomaga synowi.

Przez wiele lat żołnierskie zasługi Jana Nowaka znane były jedynie osobom mu najbliższym. Lepiej było o nich nie wspominać, bo mogły przynieść biedę. Dopiero po Październiku zainteresowano się jego osobą, a pierwszymi, którzy to uczynili, byli miejscowi nauczyciele. To oni zorganizowali spotkania z młodzieżą, na których mógł opowiedzieć o pierwszych dniach wojny. Dzięki tym spotkaniom stał się znany we wsi i w powiecie. Aby go przypomniano poza trzebnickimi opłotkami, musiał czekać jeszcze następnych kilkanaście lat.



Pierwszy Zjazd Obrońców Westerplatte odbył się w 1979 roku – w 40 rocznicę pamiętnych wydarzeń z pierwszych dni wojny. Wśród listów i pamiątek przechowywanych przez Jana Nowaka znajdują się zdjęcia związane z tym spotkaniem. Na nowo odżyły przyjaźnie i serdeczne więzy braterstwa. Nie było końca wspomnieniom, które sędziwym już mężczyznom wyciskały łzy z oczu. Było to zdarzenie, które Jan Nowak wspomina ze szczególnym wzruszeniem. Należy jedynie żałować, że spotkanie nie odbyło się wcześniej. W 1979 roku już nie żyła blisko połowa obrońców Westerplatte.




W 1983 roku ukazała się, nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej, książka Stanisławy Górnikiewicz – "Lwy Westerplatte”. Jan Nowak przechowuje ją na poczesnym miejscu pośród osobistych pamiątek – jest bowiem opowieść również i o nim. Autorka książki utrzymuje z nim stały kontakt. W następnym, poszerzonym wydaniu tej publikacji, znajdzie się również fragment oparty o jego wspomnienia.

Do ostatniego listu skierowanego do Jana Nowaka z życzeniami powrotu do zdrowia autorka dołączyła również broszurę "Po latach o Westerplatte. Mówią dokumenty". Przedstawiła w niej wyniki swoich ostatnich badań archiwalnych oraz informuje o Muzeum w wartowni nr 1 na Westerplatte. 1 września 1939 roku skład osobowy załogi Westerplatte liczył nie 182, jak dotychczas podawano, a 207 żołnierzy i oficerów, z których żyje obecnie jedynie 84. Muzeum w wartowni nr 1 zyskało kilka cennych eksponatów: Maria Balcerzak z Ciechocinka przekazała mundur mjr. Henryka Sucharskiego, podczas sesji popularnonaukowej w Tarnowie oddano organizatorom muzeum osobisty neseser dowódcy Westerplatte i jego pas. Takie są ostatnie wiadomości odnotowane w broszurze przez Stanisławę Górnikiewicz – dobrego ducha Westerplattczyków.

II wojna światowa rozpoczęła się na Westerplatte. Losy pierwszych dni wojny sprzęgły się nierozerwalnie z losami żołnierzy, którzy pierwsi podjęli walkę i mimo przegranej nie zostali pokonani. Był wśród nich również legionista Jan Nowak, kawaler Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Krzyża Walecznych, rolnik z Zawoni. Jeden z coraz mniejszej gromady świadków historii.

JERZY B. KOS
KULTURA DOLNOŚLĄSKA - wydanie 3 / 1988